
Dla większości z nas nadmierna nerwowość przed miesiączką jest przykra, ale do zniesienia. Tylko niektóre cierpią tak, że potrzebują pomocy specjalisty.
Rozdrażnienie, trudności z koncentracją, skłonność do płaczu albo awantur. Aż 3/4 kobiet przed miesiączką czuje się tak, jakby siedziało na wulkanie tuż przed jego wielkim wybuchem. PMS (z ang. Premenstrual Syndrome) to dolegliwość, która dotyka już bardzo młode dziewczyny. Czasem, zwykle po urodzeniu dziecka, słabnie nieco, ale bywają osoby, którym dokucza aż do menopauzy. Nie wszyscy wiedzą jednak, że zaburzenia te mogą mieć na tyle różny charakter oraz nasilenie, iż istnieje więcej niż jedna jednostka chorobowa, która je określa. Obrazowo można to przedstawić tak. Na początku skali są normalne fizjologiczne zmiany w organizmie poprzedzające krwawienie miesięczne – nieliczne szczęściary, które tak właśnie mają, nie odczuwają żadnych skutków zbliżającej się miesiączki. Trochę dalej znajdują się mniej lub bardziej uciążliwe zaburzenia, które zwykliśmy nazywać PMS – tego doświadcza nawet ponad 70 procent kobiet w okresie rozrodczym. Na szarym końcu jest choroba określana przez lekarzy jako Przedmiesiączkowe Zaburzenie Dysforyczne (PMDD, ang. Premenstrual Dysphoric Disorder). Nieprzypadkowo to właśnie jest szary koniec. Świat kobiety dotkniętej tym syndromem przez połowę miesiąca (mniej więcej od owulacji aż do wystąpienia krwawienia) traci swoje barwy i wydaje się smutny, przytłaczający i beznadziejny. Głównym objawem PMDD jest bowiem stan przypominający depresję. Czarne myśli, lęk, większa wrażliwość na niepowodzenia i poczucie bezwartościowości towarzyszą kobietom przez co najmniej tydzień w każdym miesiącu.
Skąd się bierze ten problem i jak sobie z nim radzić? Przeczytaj w styczniowym numerze VITY.
|